Wywiad z synem

 

Ojciec słynął z poznańskiej solidności

Rozmowa z Markiem Turkowskim

 

- Zaskoczyła mnie informacja, że syn pisarza, Leonarda Turkowskiego, pisze i publikuje.

- Zaskoczenie mnie nie dziwi, piszę dla wąskiego kręgu odbiorców. Nawet jednak hotelarze i bankowcy, którzy - jak nieraz słyszę - zaczynają lekturę od mojego tekstu - nie zawsze wiedzą, kto jest jego autorem.

- Dlaczego ukrywa się pan pod pseudonimami?

- Pierwsza przyczyna, to wiara, że felietonista musi mieć pseudonim. Druga - gdy zaczynałem się podśmiewać z hoteli - nie miałem ochoty, by przez pryzmat mych felietonów przyglądano się hotelowi, którym wówczas zarządzałem.

- Zaczął pan pisać pod wpływem ojca?

- Na pewno nie bezpośrednio. Ale dobrze zapamiętałem, jak wiele lat temu ojciec zwrócił uwagę na mój liczący dwa czy trzy zdania list opublikowany w poczytnym tygodniku. Nie wiedział o przymiarkach do doktoratu, nie doczekał felietonów ani książek, w których uporządkowałem niemałą część hotelarskiej wiedzy.

- Wiem, że Leonard Turkowski był nauczycielem, uczył w liceach pedagogicznych w Leśnej Podlaskiej a później w Bartoszycach...

- Dopiero po otrzymaniu stosownego dyplomu. Wcześniej uczył w podpoznańskich wsiach, miał zresztą teoretyczne podstawy - uczęszczał przed wojną do seminarium nauczycielskiego. Obserwując trud wbijania wiedzy do opornych głów obiecałem sobie, że zostanę wszystkim, byle nie nauczycielem.

- Dotrzymał pan słowa?

- Nie zupełnie. Prowadziłem zajęcia w policealnym studium hotelarskim i wykłady na dwóch uniwersytetach.

- Przed wojną pan Leonard nie uczył?

- Żył, czy może raczej usiłował żyć z pisania, z mniej lub bardziej przypadkowych honorariów.

- A pan nie myślał o tym, by zostać dziennikarzem?

- Myślałem, ale przeszło mi gdy zobaczyłem moje teksty w druku. Zaznaczanie swego istnienia przez redaktora, zecera i korektora było zbyt stresujące. W końcu powiedziałem sobie, że to zabawa, która nie zawsze musi się udać. Gorzej, gdy ktoś żyje z pisania. Pojąłem, dlaczego dziennikarze żyją krótko, dlaczego ojciec zmarł skończywszy zaledwie siedemdziesiąt lat.

- Jak pan wspomina ojca z czasów swego dzieciństwa?

- Często nie było go w domu. Nauczyciel w tych czasach prowadził chór przy wiejskiej kaplicy i kursy dla analfabetów. Musiał zakładać spółdzielnie produkcyjne. Pokazywał wiejskim dzieciom morze i góry, prowadził szkolne teatrzyki. Pracę w liceum uzupełniały godziny w internacie. Gdy był w domu - siedział nad zeszytami. W wychowanie własnych dzieci włączał się w momentach krytycznych. Choć pamiętam, gdy miałem sześć czy siedem lat, ojciec zaczął nas uczyć niemieckiego. Uczył też mnie i kuzyna początków gry na skrzypcach. Później, w wieku 17 lat wyjechałem na studia i w domu bywałem od święta.

- Wiele osób zaskoczył tytuł tomiku poezji ojca, który wydał pan w 1997 roku. Czy to ułatwiło sprzedaż książki?

- Widzę, że zna się pan na marketingu. Ale nie sprzedałem ani jednego egzemplarza, rozdałem około 1200, niemałą część mieszkańcom ulic Leonarda Turkowskiego w Olsztynie i Bartoszycach. Tytuł “Krzyż na rozdrożu” i okładka zostały skopiowane z pierwszego przedwojennego tomiku wierszy. Prócz uprawiania dziennikarstwa ojciec współpracował wówczas z wydawnictwami katolickimi. Publikował tam wiersze, opowiadania a także utwory sceniczne dla młodzieżowych teatrzyków.

- A po wojnie?

- Wojnę zaczął bez rodziców, bez obowiązków, bez dobytku. Wiosną 1945 roku jako człowiek 30-letni otrzymał coś, czego nigdy nie miał – posadę. Posadę wiejskiego nauczyciela, służbowe mieszkanie. Miał też żonę i dwoje małych dzieci. Może dlatego nie myślał, by wyjechać do USA, co uczyniła połowa jego rodzeństwa. Porzucił pisanie, nowy zawód i rodzina zbyt go absorbowały. Później mógł się nawet obawiać, że ktoś odgrzebie jego przedwojenną twórczość.

- Do tematyki religijnej już nie wrócił...

- Po stażowym egzaminie opowiadałem w domu, jak postanowiłem zażartować z dostojnika, który zadał mi pytanie “jaka religia jest najlepsza”. Ojciec zapytał, czy wiem jaka religia jest najgorsza i sam odpowiedział, że zorganizowany ateizm. Może i ta wypowiedź sprawiła, że nigdy nie zabiegałem o polityczne funkcje i stanowiska.

- Kiedy znowu Leonard Turkowski zaczął pisać?

- Wkrótce po przyjeździe w 1954 roku do Bartoszyc zaczął opisywać swe doświadczenia pedagogiczne a także pisać felietony w „Głosie Nauczycielskim”. Bardzo pasjonował go kontakt z młodzieżą. Wiele spraw, o których pisał, jest ciągle aktualnych. Początkiem powrotu do poezji była chyba „okolicznościowa” twórczość w liceum.

- Część twórczości Leonarda Turkowskiego to literatura opierająca się na faktach, choćby autobiograficzna trylogia czy wydana już po śmierci “Droga do Sestos”.

- Ojciec słynął z poznańskiej solidności, dbał o szczegóły. W domu żądał, by wszystko było na swoim miejscu i - prawdę mówiąc - mam to chyba po nim. Gdy pisał powieść o życiu Kopernika - buszowałem po antykwariatach kupując wszystko o Koperniku, nawet po niemiecku, nawet dzieła naukowe. Gdy pisał “Księgę mojego domu” - spędzałem czas w toruńskich bibliotekach, szukając śladów Turkowskich, byłem z ojcem w krainie przodków między Lesznem i Wolsztynem. Te wyprawy, te zakupy pochłaniały większą część autorskich honorariów.

- Ale przecież pisał też inne utwory.

- Ponoć życie jest bogatsze od fantazji. Dziewczyna pisząca pracę licencjacką o twórczości ojca zapytała mnie, czy istnieje miejscowość Podgaj, występująca w którejś powieści. Owszem, jest, nieopodal Pławiec, gdzie kilka lat mieszkaliśmy. Z tą powieściową ma wspólną tylko nazwę. W utworach ojca natrafiłem na wiele nazw, nazwisk, zdarzeń, które znam bezpośrednio, bądź ze słyszenia. Ojciec sięgał ciągle do swych doświadczeń okupacyjnych, pedagogicznych, dziennikarskich. Zżył się też z problematyką naszego regionu, choć nie zaniedbywał rodzinnego Poznania. Wiele opowiadań jest efektem nauczycielskiej pracy, kontaktów z dziećmi, z młodzieżą zaczynającą pracę zawodową. Ojciec bardzo się w to angażował, spotykam ciągle osoby, które to wspominają. Ja też, pisząc felieton łączę często w jedną całość prawdziwe wydarzenia, pochodzące z różnych miejsc.

- Poeta, dziennikarz, pedagog, pisarz - to nie wszystko. Leonard pełnił też funkcje kierownicze.

- Był przez dwa czy trzy lata kierownikiem działu w redakcji, drugie tyle kierował biblioteką pedagogiczną. Wiele zdrowia kosztowała go prezesura oddziału Związku Literatów Polskich. Chciał wszystkim pomagać ale to wymagało wiele czasu. W dodatku sfera działalności “artystycznej” z natury rozmijała się z pojęciem organizacji pracy. A ojciec nienawidził marnowania czasu, wysiadywania na bezsensownych naradach, oczekiwania na urzędników, choćby najważniejszych.

- Dziękuję za rozmowę

Rozmawiał Tadeusz MATULEWICZ, „Kulisy Warmii i Mazur” Nr 22/23 (67/68), 09.06.2001, s. 3